Rodzina

Skąd się wzięły kozy u Pani Swojego Domu

Spread the love

Jeśli jeszcze tego nie wiecie, od kilku lat jestem szczęśliwą posiadaczką małego stadka kóz. Nie jest to co prawda rogaty tabun, bo moja ekipa to raptem dwie kozy i jeden cap, ale na miano stadka zasługują jak najbardziej.

Spytacie zaraz, skąd dziewczyna z miasta, z wykształcenia prawniczka, wzięła te diabelskie stworzenia?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie, pamięcią muszę sięgnąć czasów mojego dzieciństwa. Otóż mała Ola odkąd tylko pamięta czuła ogromną sympatię do tych przedziwnych zwierząt. W każde wakacje, wracając do domu w upalne dni pociągiem znad pobliskiego jeziora mijałam stróżówkę pracownika kolei, który hodował kilka kóz. Czasem pociąg miał opóźnienie i jak łatwo się domyślić znudzona dzieciarnia wykorzystywała skrzętnie te chwile oczekiwania na dokarmienie rogatego inwentarza. Do dziś mam w pamięci charakterystyczny zapach – sosnowego lasu (bo wspomniana stacja kolejowa znajdowała się w szczerym lesie, zmieszany z wonią naolejowanych podkładów kolejowych i kozich perfum właśnie. Mam nawet nieodparte wrażenie, że pod nogami czuję drobny grys, który wysypany był przed stróżówką, a na twarzy czuję orzeźwiający powiew wiatru znad pobliskiego jeziora…

Kozy doprowadziły mnie też raz do łez. No, może niekoniecznie same stworzenia, ale ich właścicielka i mój dziadek. Otóż mój dziadek zabierał mnie w różne dziwne miejsca. Musicie bowiem wiedzieć, że dziadek mój, z zamiłowania jest pszczelarzem i człowiekiem lasu. Nauczył mnie strzelać z procy, łowić ryby, rozróżniać grzyby oraz podstaw biznesu (kupił mi kury, a ja sprzedawałam dziadkowym znajomym jajka). Chowaliśmy razem małą kaczuszkę, którą jakiś rolnik znalazł podczas żniw w szczerym polu, panią gołębiową ze złamanym skrzydłem, która później zakochała się w naszym pawiu i wykończyła pawiową (a jak! jako dziecko miałam pawie!)czy pisklaka z którego wyrosła urocza sroka. Był nawet etap w moim dzieciństwie kiedy w swoim pokoju otworzyłam wylęgarnię motyli – zbierałam ich gąsienice do słoików, karmiłam pokrzywą, a gdy gąsienice spowiły kokony, wówczas z zaciekawieniem każdego dnia sprawdzałam, czy przypadkiem nie wylęgły się z nich motyle. Jaka radość była, gdy pewnego dnia w końcu zaczęły furkotać swoimi barwnymi skrzydełkami o szklane ścianki!

I otóż ten mój dziadek kochany pewnego dnia zabrał mnie do swojej znajomej, która miała kozy. Było piękne lato, spędziłam tam pół wieczoru, a miła pani pokazała mi nawet jak wygląda dojenie i poczęstowała ciepłym jeszcze mlekiem, żartując przy okazji, że jak dziadek zmieści kozę do auta, to na dobrą sprawę mogę ją zabrać ze sobą. Gdy nadszedł czas wyjazdu, postanowiłam przypomnieć o swojej kozie, lecz dziadek stanowczo zaoponował. Wiecie, dla pięciolatki to był prawdziwy dramat, więc histeryzowałam przez całą drogę powrotną.

Wtedy też przysięgnęłam sobie w duchu, że gdy już będę dorosła, kupię kozy.

Czy nie lepiej byłoby mi zakładać rogi w opasłych kodeksach prawniczych niż doić rogate panny?

No właśnie, gdy już poszłam na swoje i porzuciłam nadzieje pokładane we mnie przez matkę sędzię, która marzyła, że ja tak jak i ona zostanę prawnikiem, postanowiłam spełnić w końcu te swoje cholerne marzenie, które prześladowało mnie całe dotychczasowe życie.

Przez ostatnich 20 lat mojego życia zmieniło się dużo, ale nie zmieniło się jedno – ciągle chciałam mieć kozy!

Dlatego też trzy lata temu na pewnym portalu internetowym wyszukałam ogłoszenia dotyczące sprzedaży kóz, zawęziłam wyniki wyszukiwania do 30km og Gorzowa Wlkp. i wyskoczyły mi cztery posty.

Chwyciłam za telefon, dzwonię pod pierwszy numer i pytam na wstępie w jakiej części miasta kozy się znajdują (bo niby miały być to dwie gorzowianki). Chciałam przed ewentualnym zakupem obejrzeć je najpierw. Miły pan mi na to, że kozy ma na wsi pod miastem. Dopytuję zatem, o jaką wieś chodzi, bo powiat gorzowski długi i szeroki, na co dowiaduję się, że o tą, w której aktualnie mieszkam.

To chyba był znak. Po kozy poszłam po prostu piechotą i przyprowadziłam je na łańcuchu jakby nigdy nic.

Tak zamieszkały z nami krnąbrna Jagna i jej posłuszna, zahukana córka Stefa.

 

Po jakimś czasie wpadł w małe odwiedziny cap od zaprzyjaźnionego gospodarza i został troszkę dłużej niż zakładaliśmy, przyczyniając się przy okazji do nawiązania nowych znajomości ludzko-ludzkich i do powiększenia stada o Elżunię i Didacza.

Czas płynął, trochę się zmieniło… po wiecznie zielonych pastwiskach galopuje już moja nieodżałowana Jagna ze Stefą, pozostała za to Elżunia i Didi oraz młody capek Romuald zwany też Romusiem. Czarno – biała Elżunia to ta, która raczy nas i część z Was pysznym mlekiem, a na wykot Elżuni wciąż niecierpliwie czekam i pytam: ile jeszcze (czasu i miejsca w brzuchu zostało, bo coraz to Didi szersza)…

No więc może w końcu spytacie, jakie są kozy? Czy rzeczywiście, zgodnie z powszechną opinią zjedzą wszystko?

Otóż nie! Co koza, to charakterek. Są bestie przebiegłe i krnąbrne jak moja Jagna szperająca po kieszeniach albo nieśmiałe jak Elżunia. Zwyczajnie jak wśród nas – ludzi.

Na przedzie stada stoi zawsze samica alfa. Szczególnie po młodych kózkach widać, że te zwierzaki to istne wulkany energii… wszak słynne przysłowie mówi, że gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała.

Nie jest jednak tak, że koza zje wszystko. To stwór bardzo wybredny. Nie zje już tego, co spadnie na ziemię. Podstawa to dobrej jakości trawa, najlepiej młoda, taka do 10 cm wysokości, bo wówczas jest bardzo soczysta i słodka. Jeśli nasze stadko nie wyrabia się z koszeniem, to mój Nie-mąż musi rogaciźnie pomóc w sposób mechaniczny. Siano to przysmak drugi. Za suchym chlebem i jabłkami moje towarzystwo wręcz szaleje, podobnie jak za owsem, marchewką oraz sosnowymi, lipowymi i jabłoniowymi gałązkami, a po Bożym Narodzeniu nasz kozi wybieg staje się wystawką poświątecznych drzewek, które kozy z apetytem pałaszują.

Z innych ciekawostek dodam, że kozie mleko składem przypomina kobiece, a do jego strawienia nasz organizm potrzebuje zaledwie 20 minut, podczas gdy krowie przerabiamy nawet do czterech godzin! I jakie jest zdrowe! Koza to stworzenie, które wszelakie toksyny odkłada w mięsie, a nigdy w mleku!

To co, pokusisz się na szklaneczkę? 😉