Dom i ogród, Rodzina

O dążeniu do marzeń – recenzja książki „Simona” Anny Kamińskiej

Spread the love

Dziś dzielę się z Wami recenzją książki „Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak” wydanej nakładem Wydawnictwa Literackiego. Bo cóż robić w pięknych wiejskich okolicznościach, gdy człowiek ma ochotę odpocząć od fizycznej pracy w ogrodzie i od remontu? Oglądać telewizję? Szkoda czasu, a zresztą, z własnego, świadomego wyboru telewizora nie posiadam i jestem mega szczęśliwym człowiekiem. W ogóle, odkąd mieszkam na wsi i wyzbyłam się złych konsumpcyjnych nawyków, czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, ale o tym wspomnę kiedy indziej.

Połknęłam tę książkę w ciągu dwóch wieczorów i polecam ją każdemu, kto poszukuje odpowiedzi na pytanie jak żyć? Simona wskazuje jasno – w zgodzie z samym sobą, dążąc odważnie, a nieraz i uparcie do realizacji marzeń. Książka, będąca zbiorem wypowiedzi znajomych Simony, nie dość, że jest wciągająca, zawiera również piękne i zaskakujące fotografie. Świadczy już o tym sama okładka.

 

Simona Kossak miała być długo wyczekiwanym synem Jerzego Kossaka, znanego krakowskiego malarza. Jednak ku rozczarowaniu rodziny, 20 maja 1943 roku na świat przyszła kolejna córka. Podobno na wieść o tym, jej ojciec strzelił do ryngrafu z Matką Boską. Jakby mało tego, nic nie wskazywało na to, by została obdarzona talentem malarskim jak jej starsza siostra Gloria. Nie grzeszyła również urodą, wyraźnie odstając od matki i siostry. Jej rodzicielka, pragnąca za wszelką cenę męskiego potomka, który przekazałby przyszłym pokoleniom nazwisko i talent malarski, chyba do końca życia nie mogła pogodzić się z istnieniem Simony. Mało tego, tuż przed śmiercią wydziedziczyła młodszą córkę. Ich stosunki były pogmatwane. Wedle przyjaciół rodziny, matka traktowała Simonę „gorzej niż biegające po domu psy”. To zdeterminowało całe życie najmłodszej córki Jerzego Kossaka. Chciała uciec od matki i jednocześnie udowodnić jej, że jest osobą wartościową.

 

Simona od najmłodszych lat zajmowała się zwierzętami. Ogród jej rodzinnego domu, Kossakówki, pełen był zwierząt. Stworzenia były jej powiernikami i przyjaciółmi wśród nich znalazła to, czego nie zaznała od ludzi. Znosiła do domu pisklęta, które wypadły z gniazd, koty, psy, myszy. Po maturze i pierwszych nietrafnych wyborach studiów (nie dostała się na aktorstwo, a z polonistyki wyleciała po roku), postanowiła zostać biologiem. Wymagało to od niej ogromnej wiedzy i samozaparcia. Podjęła pracę w Instytucie Zootechniki w Balicach, dokąd dojeżdżała codziennie z Krakowa i  jednocześnie przygotowywała się pilnie do egzaminów wstępnych na biologię na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego.. Dostała się na te studia za drugim razem. Dopiero na czwartym roku odkryła swe powołanie – zafascynowała ją psychologia zwierząt. Po obronie pracy porzuciła rodzinny Kraków na rzecz Białowieży. Rozpoczęła pracę w Instytucie Badawczym Leśnictwa i zamieszkała w oddalonej o 6 km od miasta leśniczówce, zwanej Dziedzinką. Dojeżdżała do pracy, nie bacząc na gruntową, wyboistą i błotnistą drogę. „Kiedyś – wspomina Tomasz Werkowski, myśliwy z Białowieży – zobaczyłem takie sunące na komarze zjawisko: rozwiane włosy, czapka pilotka, spodnie z królika, gogle na oczach. Przejechało koło mnie i aż się obróciłem, bo nie wiedziałem, co to było. Zdarzyło się to w 1974 roku, wtedy po raz pierwszy zobaczyłem Simonkę”. 

Szybko oswoiła leśną głuszę – stworzyła ogród, w którym przechadzał się kruk, owce i …. dzik. Wspomniany kruk przysporzył jej nie lada kłopotów, gdyż był niezłym rozbójnikiem.. „O kruku ludzi mówili, że to oswojony bandzior i złodziej. Terroryzował pół Białowieży. Kradł pudełka po papierosach, szczotki do włosów, nożyczki, sekatory, łapki na myszy i notesy. Atakował ludzi. […] Rozpruwał siodełka rowerów. Kradł dokumenty, w lesie drwalom kiełbasę i robił dziury w siatkach z zakupami. Chwytał mężczyzn za nogawki, a kobiety ciągnął za spódnice i kaleczył nogi. Ludzi myśleli, że Korasek, bo tak go nazywano, to jakaś kara za grzechy. „Kradł nawet wypłatę robotnikom w lesie – wspomina Stanisław Myśliński, który do dziś ma blizny po ptaku. – Kiedyś ukradł mi przepustkę do rezerwatu, wyciągnął mi ją z kieszeni, a potem ostentacyjnie podarł.” – czytamy w książce. Mieszkańcy Białowieży zaczęli wkrótce podejrzewać Simonę o czary i konszachty z diabłem. „Kiedyś ukradł mi kluczyki do samochodu i uciekł do puszczy – opowiada kolega Simony. – A Lechu [Wilczek] na to: ‚Nie przejmuj się, przyniesie z powrotem’. Wziął pręt i postraszył kruka: ‚Ty sukisynie, przyjacielowi zabrałeś kluczyki?!’. I zapowiedział Koraskowi, że jak odda kluczyki, to dostanie jajko, a jak nie odda, to dostanie prętem. I kruk chyba to zrozumiał, bo po chwili przyleciał do mnie wściekły z kluczykami w dziobie i demonstracyjne rzucił je na stół!”. Jest jeszcze inna, równie zabawna historia z mandatem w tle – „Chodziłam kiedyś po rezerwacie bez przepustki – mówi Bożena Wajda – zobaczył mnie strażnik parku, poszedł za mną na Dziedzinkę i zaczął wypisywać mandat. Kiedy wręczał mi mi wypisany druczek, nadleciał kruk. Złapał mandat w dziób, poleciał z nim na dach Dziedzinki, i nogą go podarł na tym dachu. Dostałam takiego ataku śmiechu, że nie mogłam się opanować, strażnik nie wiedział, co zrobić, i w końcu machnął na to wszystko ręką. Jak opowiadałam o tym Simonie, to myślałam, że umrze ze śmiechu”.

źródło zdjęcia

Fot. Lech Wilczek, źródło zdjęcia

 

Na Dziedzince Simona poznała mężczyznę swojego życia – Lecha Wilczka. Ten warszawski artysta z początku wynajmował pół leśniczówki i nic nie wskazywało na to, by oprócz dwustronnej niechęci, mogło połączyć ich coś więcej. Nie lubili się, a uczucie przyszło samo, nie wiadomo kiedy. Oboje niechętnie rozmawiali o tym co ich łączy, nie przyznawali się otoczeniu, że są parą. Był to związek trudny, związek dwóch bardzo silnych, niezależnych i dominujących osobowości. On był przystojnym i pociągającym kobiety artystą, zdradzał Simonę, ona z kolei dobrze o tym wiedziała, zagryzała zęby, unosiła się honorem i nie dawała po sobie znać, że boli ją jego zachowanie. Po jej śmierci Wilczek przyzna wprost, że dopiero teraz zrozumiał jak ważną była kobietą w jego życiu i że żałuje, iż nie okazywał jej tego tak często jak powinien, o ile w ogóle.

Simona zmarła 15 marca 2005 roku. W okolicy Białowieży zostawiła nie tylko ciało, ale i duszę. Poświęciła się bez reszty badaniom saren, stoczyła wojnę z myśliwymi, walczyła o dobre imię wilków i rysi, działała na rzecz zachowania resztek naturalnych ekosystemów Polski, a z jej dorobku po dzień dzisiejszy korzystają leśnicy. Osiągnęła wiele, obroniła tytuł doktora habilitowanego nauk leśnych, a w 2000 roku otrzymała tytuł naukowy profesora nauk leśnych. Mimo tego była człowiekiem otwartym – prowadziła audycję Dlaczego w trawie piszczy w Radiu Białystok, w której przybliżała ludziom ciekawostki z życia leśnych zwierząt. Część z nich możecie znaleźć tutaj albo tutaj. Polecam na dobry początek chociażby „Zemstę zwierząt”.

Uparta, inteligentna, odważna, niezależna – taka była Simona. Nie zwracała uwagi na to, co mówią o niej ludzie, bezkompromisowo dążyła do realizacji swoich marzeń. Każdej kobiecie życzę, by znalazła w sobie taką siłę, jaką miała Simona. Miejcie swoje pasje i spełniajcie się, nie zapominajcie o sobie, o pięknie swojej duszy. Osobiście, z własnego doświadczenia nie wierzę, że kobiecie wystarczy do szczęścia tylko i wyłącznie bycie matką Polką albo jej totalnym przeciwieństwem, czyli zatraconą w pracy bizneswomen.

 

To bardzo szczytne, ale równowaga musi być, więc rozwijajcie się drogie Panie , bo nie ma niczego piękniejszego niż kobieta inteligenta, mająca zainteresowania, o których może opowiadać godzinami, inspirując przy tym innych. Może książka autorstwa Anny Kamińskiej pomoże Wam w tych poszukiwaniach i doda odwagi.