Dom i ogród, Rodzina

Historia pewnego dachu

Spread the love

Nadszedł najwyższy czas, by przedstawić Wam nasz piękny, ponad dwustuletni dom i poszczególne etapy remontu nad nim. Na pierwszy ogień idzie dach – wszystkie zdjęcia pochodzą z mojego poprzedniego bloga, stąd też podpis Niezwyczajki na każdej fotografii. Prawie każdej, bo te zdjęcia, które dotąd nie publikowałam, podpisałam standardowo już jako psd. Uznałam, że zmieniać napisu nie będę, choć tamten blog jest dziś tylko wspomnieniem. W kolejnych wpisach uchylę rąbka tajemnicy jak wyglądał remont od środka. Ale do brzegu, tytułem wprowadzenia.

Budynek został zbudowany w konstrukcji ryglowej, i jak wszystkie tego typu obiekty w Polsce jest zabytkowy (widnieje w ewidencji zabytków), co w praktyce oznacza, że wszelkie prace nad nim wymagają konsultacji z konserwatorem zabytków. Moje pierwsze spotkanie z nim na przedwiośniu roku 2013 od strony podwórza wyglądało tak:

 Choć trudno w to uwierzyć, ten efekt jest zasługą pracy tylko jednego (!) człowieka – Mariusza. Nie wynikało to z chęci oszczędzenia pieniędzy, lecz z przykrego faktu – firmy dekarskie które przewinęły się przez poddasze chciały pracować szybko i kiepsko, a co gorsza niektórzy fachowcy nie mieli nawet do końca pojęcia o profesji, którą się zajmują. Mariusz więc zagryzł zęby, wyszperał w internecie stare poradniki ciesielskie i dekarskie, po czym poświęcił im całą zimę, by wiosną zakasać rękawy do pracy 😉 Gdy znajdę chwilę, przejrzę pliki w poszukiwaniu zdjęć relacjonujących remont dachu od strony ogrodu.

Z kolei zastany przeze mnie widok domu od ulicy daleki był od ideału – istna ruina. LATA ZANIEDBAŃ – tak krótko to określę. To, co Niemiec pielęgnował przez ponad 150 lat, Polak prawie zniszczył w 80… tak, zniszczy, bo trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Uchylony przez lata lufcik oraz uszkodzone dachówki to główni winowajcy przez których woda lała się na poddasze i kropla po kropli niszczyła strop oraz belki konstrukcyjne. Ciężko było komukolwiek zamknąć okienko czy wymienić dachówki…

 

Dziś przyznaję szczerze – jedną z moich pierwszych myśli wówczas było to, by zostawić tę ruderę. Belki wszak zawsze można sprzedać stolarzowi, cegły i dachówkę zmielić i użyć do budowy kortów, jak niektórzy miejscowi doradzali. Dużo osób pukało się w czoła, twierdząc, że porwaliśmy się z motyką na słońce. Dziś możemy uśmiechnąć się tylko na to wspomnienie, bo udowodniliśmy, że chcieć to móc. Nie ma rzeczy niemożliwych a jedyne ograniczenia istnieją tylko i wyłącznie w naszych głowach.

 

Tak wyglądał pierwszy dzień pracy od frontu (Mariusz przygotowuje sobie stanowisko pracy) 😉

Już na początku czekało na Nas wyzwanie. Przez lata nikt z poprzednich właścicieli nie pokwapił się, by naprawić świetlik, przez który przy niepogodzie na strych dostawała się woda. A połączenie wody i drewna nie wróży niczego dobrego. Dwie belki i legar przegniły do tego stopnia, że trzeba było je wymienić. Tylko jak wcisnąć te kłody we właściwe miejsce?

W międzyczasie tych rozmyślań zamurowaliśmy wejście od strony ulicy.

Wiele osób ze wsi i nie tylko dziwiło się Nam i mówiło, że lepiej ten dom zburzyć i postawić nowy.

 

Tymczasem z pomocą przy instalowaniu belek przyszła koleżanka wciągarka 😉

 Cała operacja kosztowała sporo czasu i nerwów, ale ostatecznie belki szczęśliwie zakotwiczyły we właściwym miejscu.  A Mariusz zabrał się za budowanie konstrukcji lukarn.

Prace na górze zaczęły nabierać tempa, z dnia na dzień było tam coraz głośniej, a spowodowane to było przecinaniem i wyrywaniem starych łat.

Na efekty prac nie trzeba było długo czekać. Robota ruszyła z kopyta.

Przyszedł w końcu czas na wstawienie okien…

mocowanie specjalnej membrany i przybijanie nowych łat.

Wreszcie Mariusz (tam na górze niczym rasowy kocur, bez zabezpieczeń) zabrał się za ocieplanie lukarn.

Po ociepleniu i otynkowaniu, roboty znacząco przyspieszyły. Niemalże taśmowo ściągaliśmy dachówkę, która niewątpliwie przyda się przy remoncie pięknej, również szachulcowej stodoły, którą widać w tle ogrodu. Cały dach został załatany.

Na dach można było w końcu wynosić nowe dachówki. I dom doczekał się w końcu rynien! A przynajmniej nasza część 😉

Przy remoncie niestraszna była pogoda. Mgła czy słońce… zima się zbliżała i nie mogliśmy zostawić w takim stanie dachu.

Nie myślcie sobie, że ja byłam tam tylko od robienia zdjęć czy kawy. Część dachówek trzeba było wyczyścić, więc ubrałam moje kochane robocze ogrodniczki i ze zmiotką oraz poduszką (co by było bardziej miękko siedzieć na drewnie) wyniosłam się ciut wyżej.

Tak zakończyliśmy rok 2014. Jeszcze trochę pracy przed Nami zostało.

Wiosną 2014 roku wzięliśmy się ostro za zakończenie prac. Trzeba było zamówić u stolarza niestandardowe belki do wykończenia lukarn, które swym kształtem nawiązują do więźby budynku.

Oj, przepisy BHP to się łamało nie raz, ani nie dwa… 😉

Tak wyglądał nasz dach od frontu po zakończeniu wszystkich prac. Zostało Nam jeszcze odnowienie elewacji i drzwi wejściowych, zrobienie podbitki na ścianie szczytowej. Na deser zostawiamy sobie dorobienie okiennic (zachowały się dwie pary uroczych, zielonych okiennic, które niewątpliwie dopełnią ten sielski obrazek).

A poniżej przemiana dachu w fotograficznym skrócie:

W 2015 roku przed domem zrobiło się kolorowo – założyłam rabatę kwiatową, na której królowały maki, dalie, ślazówki, nagietki, cynie i astry 😉 Co roku dosadzam na nią kwiaty wieloletnie, by rabata była jak najmniej wymagająca w obsłudze. Są już tam m.in. śnieguliczki, tawuły, kocimiętki, róże, liliowce, marcinki, irysy, rozchodniki i bodziszki. Tylko zdjęcia brak, ale nadrobię.

A wzdłuż ściany szczytowej wiosną rozłożył się dywan z tulipanów, po czym wyemigrował na rabatę przed domem.

Mam nadzieję, że ten wpis udowodnił Wam, że marzenia nie są do spełnienia – marzenia się po prostu spełnia!